[Recenzja czytelnika] „Diamenty są wieczne” Ian Fleming

Dziś mamy dla Was recenzję książki o przygodach  agenta 007 Jamesa Bonda. Recenzja napisana przez naszego czytelnika Jerzego Kłeczka. Życzymy Wam miłej lektury…

Kaszka 007 z malinowym sokiem

Trudno o dobry temat – okazał się trafiony idealnie i wcześniej sprawdzony. Trudno o dobrą ekranizację – tu się udało na 200 procent. Trudno o ciekawą fabułę – z tym już dużo gorzej. Trudno o język, który wytrzyma próbę czasu by pisać o bohaterze, którego doskonale znamy z filmów. A jednak „Diamenty są wieczne” Ian`a Flaming`a o agencie 007 Jamesie Bondzie przeczytałem z przyjemnością. Taką samą przyjemnością, z jaka wraca się do smaków dzieciństwa – kaszki z sokiem malinowym, pajdy chleba ze smalcem czy kaszanki z cebulką z patelni.

Diamenty są wieczne” Ian Flaming napisał w 1956 roku, jako czwartą (po „Casino Royale”, „Żyj i pozwól umrzeć”, i „Moonraker”) książkę o 007. Cykl bondowski cieszył się tak wielkim powodzeniem, że Flaming produkował je niemal co roku i do 1966 r. powstało aż 12 opowieści i 10 opowiadań. Co jednak najważniejsze, na ich podstawie rozpoczęto produkcje filmów o brytyjskim agencie, które od razu i aż do dziś cieszą się nieprawdopodobną popularnością, a jedynym filmem, który przyćmiewa sławę agenta są „Gwiezdne Wojny. Warto wspomnieć, że w oficjalnej serii bondowskiej powstało ich aż 24, dając przychód na wysokości niemal 15 milardów (!) dolarów. Do tego powstały trzy produkcje niezależne, a w jednej z nich grał pierwszy i najsłynniejszy chyba „Bond”, czyli Sean Connery.

Ale „ab ovo”, czyli wróćmy do książki.

- Kupiłem ci książkę o jubilerach – powiedział mi odwiedzający nas syn, wręczając mi zapakowaną w folię książkę „Diamenty są wieczne” z błyszczącymi kamieniami na okładce.
Ucieszyłem się, bo choć jestem fanem Bonda i filmy z jego udziałem mogę oglądać bez znudzenia jak „Czterech pancernych i psa” czy „Jak rozpętałem II Wojnę Światową” – nawet razy w roku, to do „tekstów źródłowych” Fleminga nigdy nie sięgałem. Dlatego wieczorem z przyjemnością rozpakowałem pachnący papierem i drukarską farbą wolumen i rozpocząłem czytanie.

Tak, owszem, miałem świadomość, że czytam dzieło mające już 61 lat, ale ukochany przeze mnie Sienkiewicz tworzył jeszcze dawniej, podobnie jak Alistair Mac Lean czy Tolkien. Ale…
… przez większą cześć powieści miałem czasami wrażenie, że napisał to Jules Verne. I to w pionierskim etapie swojej twórczości.
Naiwność zachowań, płytka akcja, trywialność bohaterów mnie przeraziły. Bond Fleminga za nic nie zgadzał mi się z Bondem granym przez Sean`a Connery. Zamiast twardziela i podrywacza, zimnej i cynicznej maszyny do zabijania i lania po mordzie ze specyficznym poczuciem humoru mamy jakiegoś wymuskanego elegancika, który ma humanizmu więcej niż Dalajlama i Ghandi razem wzięci, słabeusza (czasami mdleje, jak „Dzieci Kapitana Granta” w chwili wzruszenia czy zmęczenia), który zamiast zaliczać panienki, powstrzymuje swoje libido z wytrwałością mnicha z Shaolin. Postaci są przerysowane, ale płytkie, przewidywalne, akcja ma narrację z emocjami niewiele większymi niż przy zbieraniu grzybów, a opisy są nudne i porównywalne do tej, jaką stosował Sienkiewicz w Trylogii. Nie przesadzam – z większym zaangażowaniem czytałem „Popioły” Żeromskiego albo „Nad Niemnem” Orzeszkowej. Więcej tam tempa i niespodziewanych zwrotów akcji. I logiki – np. najlepszym lekarstwem po gwałcie zbiorowym na jednej z głównych bohaterek jest wg. Fleminga pójście do łóżka z Bondem (oczywiście brak nawet grama pikanterii, jakby autor był waginosceptykiem, albo 90-letnim starcem a nie jurnym czterdziestolatkiem).
Bez błysku, bez polotu, początek i koniec jakby z innej bajki. Nijak mi to pasowało do wartkiej i wciągającej, kolorowej i zaskakującej ekranizacji „Diamentów” z 1971 r. No i ten język, który ewidentnie trąci już myszką, jak „Zbrodnia i kara” Dostojewskiego, „Chłopi” Reymonta, „Lolita” Nabokova czy „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa. Na Boga żywego – Fleming pisał przecież powieści sensacyjne, kryminały, a nie dramaty, elegia czy tragedie!
Ja wiem, że nie każdy pisarz z połowy XX w ma lekkość pióra współczesnych twórców i umie się bawić akcją i językiem jak Andrzej Sapkowski, Katarzyna Bonda czy Henning Mankell („Wallander”).
Ale rówieśnikami, a nawet starszymi od Fleminga byli np. Alistair Mac Lean czy J.R.R Tolkien, których książki są dużo żywsze, ciekawsze i bez dłużyzn i też doczekały się spektakularnych ekranizacji. Czyta się je jednak bez zmęczenia, a każda przewrócona kartka nie wymaga wysiłku, jak w przypadku autora Bonda. Z całym szacunkiem, choć jest to książka o kilka poziomów lepsza niż kryminały kupione w lotniskowym czy dworcowym kiosku, nie jest to dzieło wybitne i porywające. Na pocieszenie swoje i czytelników mojej recenzji dodam jednak, że szukając materiałów na temat samego Fleminga, natrafiłem na opinie, że to jedna z najsłabszych jego książek w bondowskim cyklu.

Zaiste, ciekawy to swoją drogą temat „starzenia” się języka i narracji autorów książek. Czy to „Iliada” z VIII w p.n.e czy „80 000 mil podmorskiej żeglugi” z XIX w n.e bądź „Hobbit”, „Działa Navarony” tudzież „Czterej pancerni i pies” Przymanowskiego z XX w, czy całe inne mnóstwo książek „akcji” czyta się z wypiekami na twarzy i z niechęcią odchodzi od nieskończonego czytadła, choć napisane zostały dużo wcześniej. A „Diamentami” byłem po prostu zawiedziony. Tak, wiem, na 99,9 proc. wpływ na to ma fakt, że jako zagorzały Bondoman znam na pamięć jego wszystkie filmy, ale wymienione ciut powyżej ekranizacje też znałem, a książki czytało mi się jednak lepiej.

Mimo wszystko jednak cieszę się, że poznałem twórczość Ian`a Fleming`a i zakosztowałem pierwowzoru, na podstawie którego stworzono cykl filmów akcji o międzynarodowej sławie, gdzie każdy kolejny odcinek jest wydarzeniem masowym, kulturalnym i medialnym o większej sławie niż Nobel, Pulitzer i Oscar razem wzięte.
Dziękuję Panie Fleming, że pozwolił mi Pan poznać archetyp agenta, w którym rozsmakował się cały świat i z niecierpliwością czeka na rok 2018, kiedy pojawi się kolejny, 25 film o Jamesie Bondzie, którego właśnie Pan stworzył. A stworzył Pan „coś”, co przeżyło Pana (na razie) o 53 lata i wszystko wskazuje na to, że „wstrząśnięty, nie mieszany” będziemy słyszeć w kolejnych filmach jeszcze przez wiele, wiele dziesięcioleci.

A do Pana kolejnej książki o 007 kiedyś pewnie wrócę, tak jak np. do ulubionych w podstawówce „Dzieci z Bullerbyn”. Przełknąłem je niedawno z przyjemnością, jak kaszkę z malinowym sokiem.
Zwykle jadam już jednak bardziej wyrachowane potrawy.

Diamenty są wieczne
Ian Fleming
Tłumaczenie: Robert Stiller
Cykl: James Bond (tom 4)
Wydawnictwo: Przedsiębiorstwo Wydawnicze „Rzeczpospolita” S.A.

007

Podaj dalej! Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on PinterestShare on LinkedInEmail this to someonePrint this page

One thought on “[Recenzja czytelnika] „Diamenty są wieczne” Ian Fleming

  1. Sorry, dziewczyny mnie namówiły.
    Czytam różne rzeczy. Jeśli się Wam recenzja spodoba, napiszę inne :)

Comments are closed.